Poniżej zamieszczamy artykuł cennego pióra p. red. S. Nawrockiego, (Kurjer Poznański) w którym autor porusza sprawy dud, instrumentu, który rok temu żywo zainteresował sfery wojskowe tutejszego D.O.K. Chodzi bowiem o wprowadzenie dud do wojska - jako instrumentu mającego zastąpić piszczałki, do niedawna używane przez oddziały wielkopolskie. Do powyższego bardzo ciekawego tematu powrócimy niebawem. Obecnie ograniczamy się tylko do podania wiadomości, że ciekawie zapowiadająca się innowacja, mogąca na wzór armji szkockiej przynieść wojsku naszemu wiele kulturalnej korzyści, znalazła za czasów dowódcy korpusu gen. dyw. Sosnkowskiego wydatnego poparcia, jako sprawa zainicjowana przez b. szefa oddziału wyszkolenia ppłk. S. G. Douglasa. Projekt ten skupia się obecnie w referacie ośw D. O. K, który utrzymuje stały kontakt z jednym z wybitnych znawców tegoż instrumentu prof. Dr. Lucjanem Kamieńskim i jest nadzieja, że w najbliższej przyszłości, nastąpi realizacja powyższych planów, przy dalszem poparciu i pomocy obecnych władz D. O. K.
J.C.
***
Dziś w Wielkopolsce dudy już zupełnie wymarły, "na Podhalu zaś żyją ostatni dudziarze" - czytałem na str 83 cennej pracy dr. Adolfa Chybińskiego, profesora-muzykologa Uniwersytetu Jagiellońskiego p. n. "Instrumenty muzyczne ludu polskiego na Podhalu" (Kraków, nakładem Polskiej Akademji Umiejętności 1924). Gdy wkrótce potem siedząc w domu, usłyszałem nagle jakąś beczącą muzykę i wyjrzawszy przez okno, ujrzałem na podwórzu dudziarza, przeraziłem się, myśląc, że widzę upiora. Przecież czytałem wyraźnie, że dudy w Wielkopolsce już zupełnie wymarły.
W jakiś czas potem spostrzegłem na ulicy po raz drugi widmo dudziarza. Pędząc do tramwaju, zdołałem stwierdzić, że ani twarz, ani postać zjawiska niczem nie przypominała dudziarza nr. 1. Był to więc upiór nr. 2.
Nr. 3. dał znać o sobie niebawem nieco fałszywem dudnieniem, które rozległo się pewnego dnia na mojem podwórzu. Wyjrzawszy przez okno, — stwierdziłem, że niesamowity muzykant nie był podobny do obu swych poprzedników. Czy można przypuszczać, ażeby aż trzy upiory włóczyły się bezkarnie w biały dzień po mieście? A jeśli nie są to upiory, tem gorzej. Jak można dopuścić, ażeby byle grajek podwórzowy poważył się urągać naszej nauce? Jakim sposobem jednak potrafi on grać na dudach, wymarłych już zupełnie, a więc dudach-upiorach? Chyba, że są to dudy nie tutejsze, lecz podhalańskie.
A dudy dudliły tymczasem aż miło, niezbyt miło fałszując obrzędową pieśń weselną: „Żebyś ty chmielu na tyczki nie lazł”. Dudliły, nie licząc się zgoła z nauką.
Chcąc wyjaśnić upiorną sprawę, zaprosiłem dudziarza do siebie. I oto na pierwszy rzut oka stwierdziłem, że mam przed sobą dudy, które „w Wielkopolsce wymarły już zupełnie”. Nie były to bowiem dudy typu podhalańskiego.
„Duda wielkopolska tem różni się od krakowskiej, góralskiej i ruskiej — pisze w „Starych gawędach i obrazach r. 1840 K. Wł. Wójcicki, że grajek sam usty nie dmie, ale za pomocą mieszka umocowanego na prawem biodrze nadyma” — czytałem przecież w książce prof. dr. Chybińskiego.
Tak, nie ulegało wątpliwości. Miałem przed sobą typowe dudy wielkopolskie, nadymane nie ustami, lecz mieszkiem, przymocowanym za pomocą rzemyka do lewego ramienia grajka.
Zasypany pytaniami dudziarz zaczął opowiadać o sobie i o swoim instrumencie. Nieco ułomny grajek ma twarz miłą, z której spogląda spokojne i poczciwe oczy. Odziany ubogo — lecz schludnie, ma pięćdziesiąt lat z okładem. Nazywa się Franciszek Gurbada. Mieszka stale w Środzie, skąd często wyrusza na tournees koncertowe do Swarzędza, Poznania itd. Na dudach nauczył się grać, pasąc za młodych lat owce. Od trzech lat żyje tylko muzyką i z muzyki. Koncertuje po podwórzach, a niekiedy też przygrywa do tańca na weselach. Dudy kupił przed wojną jeszcze od stelmacha Kaczyńskiego ze wsi Brzoza pod Krotoszynem. Kaczyński sporządził już i sprzedał niejedne dudy, instrument ten bowiem cieszy się wielkiem uznaniem w południowych powiatach Wielkopolski, gdzie w wielu miejscowościach lepsze wesele chłopskie nie może obyć się bez orkiestry, złożonej z dud i skrzypek. W nowszych czasach dopiero zaczyna dołączać się do niej i klarnet.
Prócz Kaczyńskiego sporządza dudy niejeden „mistrz”, jak np. Maleszka, robotnik rolny na probostwie w Domachowie pod Krobią w pow. gostyńskim. Za dobre nowe dudy „mistrze” ci żądają nawet 200 zł.
Dudy wyrabia ponadto ktoś w Buku, kto jednak jak się zwie, tego Gurbada nie umiał powiedzieć. Zapytałem jeszcze, skąd pochodzą inni dwaj dudziarze, których widziałem w Poznaniu.
— A z Poznania — odparł dudziarz. — Jeden nazywa się Żurek, mieszka gdzieś na Śródce, drugi to Wojciechowski z Wildy.
Zdobywszy tak cenne wiadomości, pojechałem do Buku (pow. grodziski) i znalazłem „mistrza”, sporządzającego dudy, nie w mieście tem jednak, lecz w sąsiedniej Wielkiej Wsi. Jest to Melchior Rudkowski, cieśla, liczący 64 lata i pracujący w jakiejś fabryce w Buku. W wolnych chwilach „buduje” dudy i sprzedaje je amatorom. Sam grywa na tym instrumencie od 50 lat, pierwsze dudy zaś „zbudował” w roku 1886. Nauczył go tego wuj, który dostarczał kiedyś dud całej bliższej i dalszej okolicy.
Główny miech dud — jak wyjaśniał ich budowniczy — robi się ze skóry koziej. Mieszek do nadymania, zwany „dymaczką”, również sporządza się ze skóry koziej lub baraniej. Piszczałki są z drzewa śliwkowego, tego drzewa bowiem nie chwyta się żadne robactwo. Piszczałka o 6+1 dziurkach zwie się „przebierką”, jako że po dziurkach przebiera się palcami, jak na flecie. Wewnątrz przebierki mieści się „treść”, czyli dusza z trzciny lub z krzewu, zwanego „czmiel” (trzmielina, evonymus europaea). Woskiem nalepianym na „treść” nastraja się dudy, chcąc scharmonizować je ze skrzypkami. Długie dwie rury, wychodzące z miecha, zagięte na końcu w kształt fajki, z których jedna spoczywa na ramieniu grajka, druga zaś zwisa z przodu, nazywają rogami. Jedna zakończona jest istotnie rogiem krowim — Wielce ozdobną część dud stanowi drewniany t. zw. „łopek”, który wyobraża łeb kozy z różkami mosiężnemi lub sporządzonemi z kłów knura. „Łopek” zdobią ponadto blaszki mosiężne, powycinane w przeróżne wzory
„Budowniczy” dud z dumą pokazywał instrument przez się sporządzony, a na zakończenie uraczył mnie koncertem. Nieźle brzmiała ta muzyka, instrument wykonany był bowiem o wiele lepiej i dokładniej aniżeli dudy, na których grywa w Poznaniu Gurbada.
Nie zaginą w Buku dudy, gra na nich przecież i syn ich „budowniczego”, a ponadto opodal we wsi Szewce mieszka inny jeszcze wirtuoz, koncertujący na tym samym instrumencie. Jak wyjaśniał Rudkowski, dudy zwano dawniej kobzą. Kobéźnikami nazywa Mickiewicz w Panu Tadeuszu, grających na dudach:
„...stojący obok kobéźnicy.
Jak gdyby w skrzydła bijąc, częstym ramion ruchem
Dmą w miechy i oblicza wypełniają duchem”.
Nieco dalej zaś w tej samej XII. księdze „Pana Tadeusza” czytamy: „stoi cymbalista, skrzypek i kozice...”
Godzi się tu zaznaczyć, że kobzą — jak stwierdza Brückner — nazywano kiedyś nie dudy, lecz rodzaj gitary o jednej strunie. Nazwę jej pomieszano potem z „kozą“ lub „kozicami“, czyli dudami.
Na Podhalu jest w użyciu obok dudy słowo gajda, z którem spotkać się można i w Wielkopolsce. „Był tu duda z Golejewa — śpiewają jeszcze gdzieniegdzie Wielkopolsce — miał gajdy. „W poniedziałki i wtorki grał zawdy. A ja duda i ty duda i obaj my dudzili. A komu my zagrajemy, kiej niema nam ludzi, ej ludzi“.
Prastary ten instrument, niegdyś bardzo u nas rozpowszechniony, ulubiony przez owczarzy, najbardziej znany jest u nas w południowej Wielkopolsce i bynajmniej tu nie wygasa. Słowo dudy, zdaniem Brücknera jest dźwiękonaśladowcze, podobnie jak słowa „dudnieć“ i „dudlić“. Turcy nazywają instrument ten „duduk“. Niewątpliwie wschodniego pochodzenia jest druga nazwa dud, mianowicie „gajdy“. Na Podhalu słowo to przywędrowało z Turcji (po turecku „gajda“), do Turcji zaś od Arabów (po arabsku „gaita“). Arabowie wzięli je, zdaniem Brücknera, z Hiszpanji.
Z Podhala dudy (inaczej gajdy, koza, lub wreszcie kozice), zawędrowały przez Śląsk na Morawy, do Czech, na Górne Łużyce i do Niemiec. I dlatego to niemiecka nazwa „Dudelsack” pochodzi od naszego słowa „dudy“. Wszak w 16-tym wieku już dudy znano w Niemczech pod nazwą „polnischer Bock“.
Serbowie łużyccy prawdopodobnie, zdaniem prof. Chybińskiego, zmodyfikowali dudy, zastępując piszczałkę ustną mieszkiem.
W Czechach dudy wygasły około r. 1894, pod koniec 19-go wieku pojawiają się jeszcze na Słowaczyźnie, w początku 20-go wieku na Huculszczyźnie. W Europie poza Polską najbardziej rozpowszechnione dudy są jeszcze w Szkocji. W pułkach górali szkockich instrument ten reprezentowany jest w orkiestrze wojskowej.
Ażeby ostatecznie już wyjaśnić sprawę, udałem się do muzykologa Uniwersytetu Poznańskiego, prof. Łucjana Kamieńskiego i zaledwie zatrzymałem się w progu Instytutu Muzykologicznego, spostrzegłem wewnątrz dudy „kokieteryjnie rozpostarte na pianinie. Był to jak gdyby symbol muzyki Chopina, który tak przedziwnie „żenił” w swych utworach rodzime dudy z międzynarodowym fortepianem. Jak dowiedziałem się, prof. Ł. Kamieński od roku już przeszło zajmuje się tym „wymarłym” w Wielkopolsce instrumentem ludowym, pracując nad określeniem granic jego rozpowszechnienia, zbierając repertuar dudziarzy, badając budowę dud itd., przygotowuje bowiem wyczerpującą monografję dud w Wielkopolsce. Na podstawie ogromu zebranych materjałów prof. Ł. Kamieński już dziś może stwierdzić, że dudy w południowych powiatach Wielkopolski, zwłaszcza na granicy Śląska niemieckiego są instrumentem bardzo rozpowszechnionym, i wśród ludu cenionym, a więc wielce żywotnym. Najlepszym dowodem, że instrument ten wciąż jeszcze wyrabiają „specjaliści”.
„Bodaj tak sowa w dudy grała — możnaby przytoczyć stare przysłowie jako to powiada”, że w Wielkopolsce dudy wymarły już zupełnie”
Godzi się jeszcze zaznaczyć, że prof. Ł. Kamieński zainteresował rodzimym tym naszym instrumentem ludowym władze wojskowe, proponując, by w obrębie korpusu poznańskiego wprowadzić odpowiednio może zmodyfikowane dudy wielkopolskie w skład orkiestr pułkowych. Piękna ta myśl prof. Kamieńskiego zasługuje na urzeczywistnienie, co niewątpliwie uznają też władze wojskowe i wprowadzą ją w czyn.
A możeby tak „Radio Poznańskie” po rozpoczęciu działalności zaprodukowało światu koncert na dudach, które są tak charakterystyczną cechą wielkopolskiej kultury ludowej. Uwadze przyszłego kierownika muzycznego „Radja Poznańskiego” polecamy przeto Melchiora Rudkowskiego z Wielkiej Wsi pod Bukiem, lub jego syna.
S. N.